FORUM

Musisz się zalogować jeżeli chcesz umieszczać wpisy i zakładać tematy.

trzy historie babci, taty, mnie

I. Babcia

Moja babcia urodziła się w podwarszawskiej wsi jeszcze pod zaborem rosyjskim, jej tata dosyć szybko zmarł, więc prababcia z wykształcenia krawcowa przeniosła się z córkami do Warszawy. Babcia dorosła, przyjęła szkaplerz . Nastała II wojna, głód, babcia wyjeżdżała na wyprawy (zakazane przez Niemców) po jedzenie. W czasie jednej z tych eskapad na dworcu została zatrzymana w łapance, a następnie wywieziona jako niewolnica do Niemiec. W międzyczasie prababcia dowiedziała się się o obozie przejściowym w Częstochowie wywożonych do Niemiec (do której od dziecka chodziła na piesze pielgrzymki z Warszawy), w którym rodziny miały szanse się zobaczyć. Prababcia wówczas przekazała babci medalik szkaplerzny. W Niemczech początkowo babcia trafiła do gospodarstwa samotnego "baora" katolika który codziennie chodził a na Mszę. Babcia wspominała że traktował ją i inne młode dziewczęta jak córki. Szybko jednak je z stamtąd zabrano a ów katolik nosił im w tajemnicy jedzenie (za co groziło mu rozstrzelanie). Niedługo po tym zaczęła się dla babci gehenna, praca w fabrykach zbrojeniowych, a później pod obstrzałem na okopach, na głodowym wyżywieniu (typu zupa z brukwi czy pokrzyw), w towarzystwie szczurów, których się babcia panicznie bała. Babcia dramatycznie schudła, straciła wszystkie zęby. Była fizycznie i psychicznie wyczerpania. Powzięła decyzję że utopi się w rzecze, w drodze spojrzała na medalik szkaplerzny który nosiła, myśli samobójcze zniknęły.  Innym razem w wigilie przechodziła z obozu do obozu robotników przymusowych za groziło rozstrzelanie, była złapana na moście. Słyszała jak wartownicy ze sobą rozmawiali że trzeba babcie i jej towarzyszki rozstrzelać, mieli jednak skrupuły przecież Boże Narodzenie... Babcie po raz kolejny raz zachowała dzięki wstawiennictwu Maryi życie.

II. Tata

Babcia mając już córkę, prosiła wielokrotnie Pana Boga o syna za wstawiennictwem NMP Kochawińskiej (w pobliskim sanktuarium). Tata przyszedł na świat w 1944 r. w miasteczku pod Lwowem (wówczas Generalnej Guberni). Był to czas nocnych mordów na Polakach dokonywanych przez zwolenników UPA, zamordowano  w okrutny sposób w tym czasie kilkoro sąsiadów dziadków w tym niemowlęta. Dziadkowie wiele nocy (ostrzegani przez innych Polaków racami o grasujących Ukraińcach) spędzili stojąc w szuwarach z dziećmi na rękach. Chrzestnym mojego taty był grekokatolik, których z narażeniem życia dał znać dziadkom że kolejnymi zamordowanymi w mają być właśnie oni. Dziadkowie swoim zwyczajem ukryli się tej nocy w szuwarach, rano zastali ślady nieudanego napadu (poprzestrzeliwana pościel itp.), dziadek powziął decyzje że wyśle dzieci i żonę "w ciemno do Rzeszowa", a sam zostanie pilnować dobytku. To był bardzo trudny czas. Tata mający wówczas trzy miesiące, chorował z głodu na krzywice i  jak później okazało się miał funkcjonującą tylko jedną nerkę (druga była karłowata). Po różnych perypetiach goli, bosi i głodni, ale żywi w  komplecie trafili w okolice Zielone Góry. Tu też głodowali, z tego powodu że nie byli oficjalnymi "repatriantami". Tata od małego był ministrantem przy franciszkańskiej parafii, do tej pory  mam jego książeczkę z wytartymi od używania stronami modlitwy po Komunii. W wielu 15 lat chciał wstąpić do franciszkanów, do czego nie doszło na skutek sprzeciwu dziadka. Jako młody chłopak składał Śluby Jasnogórskie jako przedstawiciel młodzieży za co o mały włos nie byłby dopuszczony do matury (stracił pracę za to nauczyciel który go bronił). Po studiach tata spotkał moją mamę, pobrali się. Rodzinę powierzają Najświętszemu Sercu Jezusa. Ich pierwsze dziecko w wieku 1,5 roku umiera na białaczkę, przychodzi na świat  przychodzi trójka kolejnych dzieci. W między czasie tata wielokrotnie trafia do szpitala, na jaw wychodzi nie funkcjonująca nerka i kłopoty z drugą. Po 2 dwóch latach od śmierci córki lekarze dają tacie góra dwa miesiące życia. Mama w tej dramatycznej sytuacji prosi Pana Boga o życie dla taty do momentu kiedy wychowają dzieci za wstawiennictwem św.Teresy od Dzieciątka Jezus. Modlitwa zostaje wysłuchana, tata wychodzi ze szpitala na własne życzenie. Ostatecznie umiera trzydzieści lat później na zawał serca w momencie kiedy ja byłam już mężatką i wyznaczono terminy ślubu dwójki pozostałych dzieci, dwa dni wcześniej przyjmując na Mszy św. w tygodniu swoją ostatnią Komunię św.  Ważną rzeczą w jego życiu była ciągła obecność NMP, i to pomimo że odszedł od niej w jezuickim duszpasterstwie akademickim . Maryja upomniała się o jego serce na jednym pogrzebie  tragicznie zmarłego członka rodziny gdzie z mamą prowadziłyśmy różaniec. Tata zauważył jak ta modlitwa wyciszyła rozpaczających żałobników. Od tej pory zaczął regularnie modlić się na różańcu (gdy się rozpadał skręcał go drutem miedzianym).

III. Ja

Od małego byłam wychowywana w wierze. Pamiętam swoją pierwszą Komunie św. kiedy powierzyłam się świadomie Bogu. Kiedy małam 15 lat dostaliśmy od mamy książeczki "O naśladowaniu Chrystusa". W trakcie lektury uświadomiłam sobie że nic w moim życiu nie może być przed Panem Bogiem,  wiedziałam że wiąże się to z koniecznością zabierania różnych "podpórek" życiowych i w modlitwie zgodziłam się żeby Bóg je usuwał.

Będąc panną na wydaniu modliłam się o dobrego męża. I nic. Kiedyś wracałam po Mszy w Środę Popielcową, modliłam się w duchu. W pewnym monecie przechodząc przez przejście dla pieszych powiedziałam Bogu jeżeli chcesz bym była mężatką do pokaż mi przyszłego męża, i jeżeli jest daleko od Ciebie do go nawróć przed spotkaniem ze mną. No i ... potrącił mnie w tym momencie samochód. Uderzyłam głową w szybę kierowcy że ta pękła a ja znalazłam się dwa metry przed maską. Poza guzem na głowie nic się nie stało wstałam i podeszłam do kierowcy myślącego kilka sekund wcześniej że mnie zabił. Przyszło mi do głowy że była to odpowiedź: "sama się nawróć".  Pół roku później ksiądz prowadzający naszą wspólnotę potrącił rowerzystę - chłopaka, który uderzył głową w szybę księdza samochodu. Ofiara wypadku była w stanie agonalnym, kilkanaście złamań czaszki w tym tym trzy -  uznawane za śmiertelne - podstawy czaszki. Księdzu groziło więzienie. Modliliśmy się. Chłopak jednak mimo prognoz lekarskich będąc w śpiące wciąż żył. Wdał się tętniak pajęczynówkowy. Lekarze zdecydowali się na operację mimo wysokiego ryzyka, przywieziono wówczas motocyklistę po wypadku który miał według nich większe szanse. Operacje odłożono na następny dzień. Motocyklista zmarł na stole operacyjnym, a u chłopaka tętniak niespodziewanie się wchłonął. Powoli wracał do zdrowia mimo całkowitej amnezji... Jak się później okazało chłopak często przed wypadkiem brał różnie narkotyki, za wyjątkiem tych najcięższych, do których właśnie się przymierzał. Daleko był też od wiary. Wypadek był dla niego swego rodzaju resetem, zaczął na nowo wracać do wiary. Pojechał z niedoszłym swoim nieumyślnym zabójcą na rekolekcje ignacjańskie. Poznaliśmy się, zaczęliśmy się mieć ku sobie i wtedy powiedział mi o swojej przeszłości. Wówczas we mnie się zagotowało, że co to ma być mój mąż?! Chciałam już zerwać kontakty, ale przedtem w dzień zaduszny poprosiłam żebyśmy poszli na razem na Mszę św. Pytałam wówczas: jaka jest Twoja wola Boże? Pamiętam że doświadczyłam wówczas ogromnego pokoju. A na ławce kościelnej w miejscu gdzie siedzieliśmy zauważyłam stary wyryty napis, a było to imię mojego przyszłego męża.  Dziś mamy czworo dzieci, i choć nie jest w życiu łatwo wiem że ta droga jest dla mnie przez Pana Boga wyznaczona a on tylko co jakiś czas zabiera "podpórki".

Wspaniałe świadectwo - kiedyś ludzie mieli bardzo ciężkie czasy. U mnie w rodzinie były podobne historie z UPA i ucieczkami. Trzeba doceniać to co się ma.

 

PS. właśnie się dowiedziałam że wizerunek Matki Bożej Kochawińskiej zawiera napis:

o Mater Dei electa esto nobis via recta  - O Matko Boga, wybierz  naszą właściwą  drogę

NMP Kochawińska